niedziela, 15 listopada 2015

Fuerteventura w pigułce - jeden dzień wokół wyspy

Jednak przebywanie w jednej miejscowości non stop nie jest dla nas, a poza tym co to za przyjemność być na Fuerteventurze i nie zobaczyć innych rejonów wyspy, np słynnych wydm w Corralejo, popularnej miejscowości Costa Calma, czy wioski o wdzięcznej nazwie Ajuy. 

Corralejo, w tle wyspa Isla de Los Lobos
W okolicznej Rent a car, wypożyczyliśmy za ok. 30 euro za dzień auto - Seata Ibizę i postanowiliśmy objechać nim wyspę. Dzień zapowiadał się deszczowo i przez moment przeszło mi przez myśl, czy wycieczka tego dnia ma sens, gdyż jednak w deszczu wszystko ma inny urok. Pomyśleliśmy, że raz kozie śmierć i wsiedliśmy w auto. Z naszej miejscowości Morro Jable, udaliśmy się na północ i pierwszym naszym celem była miejscowość Ajuy. Większość Polaków nie odpuszcza tej miejscowości z powodu dźwięcznej nazwy, brzmiącej fonetycznie Achuj :) Nas też ciekawość wzięła co ta miejscowość ma dla nas do zaoferowania. Okazało się, że jest to mała wioska rybacka z dużą plażą, z czarnym piaskiem. Już zapomnieliśmy nasze przygody z czarną plażą na Teneryfie, gdzie po dniu spędzonym na tej plaży można było dostać udaru słonecznego. Jednak teraz był styczeń, słońce ledwo wychodziło zza chmur i plaża w Ajuy robiła wrażenie bardzo tajemniczej, a ocean wydawał się groźnie wdzierać na ląd. Przypomniało nam się, że to jednak Wyspy Kanaryjskie, które są wyspami wulkanicznymi.










Z Ajuy postanowiliśmy jechać w kierunku góry Tindaya, zwanej Świętą Górą Tindaya. Góra ta to położony w okolicy La Oliva wulkan o wysokości 401 m. n. p.m i równocześnie jeden z najciekawszych pomników przyrody na tej wyspie. Wulkan niegdyś dla zamieszkujących ten obszar Aborygenów stanowiła święte miejsce, o czym świadczą dobrze zachowane rysunki naskalne. Aby wejść na wulkan, trzeba zdobyć specjalne pozwolenie władz Fuerteventury. My w tej okolicy natrafiliśmy na ulewę przez co trochę nam to pokrzyżowało plany, chociażby te widokowe. Na ostatnim zdjęciu widać mgłę, która nam zasłoniła całą górę.






Góra Tindaya

W planach mieliśmy również zwiedzanie miejscowości Betancuria, która podobno jest najpiękniejszym miasteczkiem Fuerteventury i pierwszą stolicą wyspy. Przewodnik zachwalał to miejsce, a gdy tam dojechaliśmy lało jak z cebra i gdybyśmy wyszli z auta nie zostałaby na nas sucha nitka, a mieliśmy jednak jeszcze sporo przed sobą by sobie na to pozwolić, więc niestety ruszyliśmy w stronę miejscowości Antigua, znanej głównie z odrestaurowanego młyna Molino de Antigua z pięknym ogrodem dookoła, a także kościoła Iglesia Nuestra Senorea de Antigua. Na nasze nieszczęście młyn był zamknięty bo prowadzono w nim prace remontowe, a jak podjechaliśmy pod kościół to deszcz znów nam nie pozwolił na zwiedzanie. Tym sposobem skierowaliśmy się w stronę El Cotilo
Urok naszej wycieczki był taki, że nawet jeśli w jednym miejscu złapała nas ulewa, w kolejnym mogło być słońce. I tak tez było gdy dojechaliśmy do El Cotillo, które okazało się całkiem malowniczym miasteczkiem. El Cotillo lezy w północnej części Fuerteventury i jest spokojnym rybackim miasteczkiem. Przeszliśmy się uliczkami i dotarliśmy w okolice portu z malowniczymi widokami oraz XVIII wiecznej strażnicy, która miała chronić przed najazdami pirackimi.
Miejscowość jest idealna jeśli ktoś szuka ciszy i spokoju. Część domostw przerobionych jest na małe spokojne pensjonaty, które w sezonie cieszą się popularnością.  



Strażnica Castillo de Rico Roque





Z El Cotillo do Playa de Los Lagos dzielił nas rzut beretem. Piotrek standardowo narzekał, że droga nie taka i nie damy rady, ale to ja byłam kierowcą i postanowiłam tam dojechać, zwłaszcza, że przewodnik obiecywał piękne widoki. I się nie zawiedliśmy, bo faktycznie było pięknie, zwłaszcza, że słońce wreszcie zaczęło świecić na dobre i nawet przed wyjściem z auta postanowiliśmy się przebrać w krótsze ciuszki. Przypadkiem nawet spotkaliśmy Polaka, który nam zrobił zdjęcie i uchwycił pięknego pana na drugim planie :) Trzeba przyznać, że miejsce naprawdę urocze, zwłaszcza, że te białe plaże Fuerteventury są cudne. 
Playa de Los Lagos





Mimo wyjazdu wcześnie rano czas leciał szybciej niż się tego spodziewaliśmy, więc ruszyliśmy w stronę Corralejo. Przed wyjazdem, wszyscy nas namawiali, że jeśli jechać na Fuerteventurę to tylko do Corralejo. Corralejo był kiedyś wioską rybacką, dziś jest największym rejonem turystycznym wyspy z centrami handlowymi, dyskotekami, restauracjami itp. Miejscowość jednak mimo to nie straciła uroku kanaryjskiego, portowego miasteczka, chociaż nawet w styczniu było widać, że jeśli chce się spędzić wakacje rozrywkowo to tu jest idealne miejsce. Z plaż i promenady widać wyspę Lanzarote oraz pobliską Isla de Los Lobos. Na południe od miasta rozciąga się park natury Dunas de Corralejo z niekończącymi się pięknymi plażami i słynnymi wydmami. Z racji tego, że cały czas świeciło słońce najpierw pojechaliśmy zobaczyć wydmy. Myślę, że nie ma osoby, która może wątpić w to, że nie zrobią one wrażenia. Człowiek czuje się tam jakby był na pustymi. A droga wzdłuż wydm zastawiona jest autami, gdyż wszyscy w tym miejscu się zatrzymują i robią zdjęcia, spacerują lub po prostu wypoczywają. 









Zachwyceni widokiem wydm, ruszyliśmy na podbój centrum miasta, gdyż żołądek nam mówił, że pora coś zjeść.  Zatrzymaliśmy się w małej knajpce, zjedliśmy obiad, pochodziliśmy uliczkami, pooglądaliśmy sklepy i niestety musieliśmy jechać dalej. Okazało się jednak, że wjeżdżając na główną trasę pomiędzy Corralejo, a Puerto de Rosario znajdziemy jeszcze wiele pięknych plaż i szczerze mówiąc jakbyśmy mieli czas to zatrzymywalibyśmy się co kawałek by chłonąć te widoki. I chyba tutaj podobało mi się jeszcze bardziej - błękitna woda łączyła się z błękitnym niebie, biały piasek odbijał się od tego błękitu i jeszcze ta ciemna droga przecinająca tą pustynie - mega wrażenie :)







Zimą niestety tracimy trochę dnia podróżując, gdyż jest on krótszy i niestety trzeba dobrze pilnować czasu. Trasa wzdłuż wyspy na szczęście jest łatwa i można szybko się przemieszczać między miejscowościami. Z braku czasu nie zatrzymaliśmy się już w Puerto del Rosario - stolicy wyspy, tylko pojechaliśmy prosto do Costa Calma, czyli kolejnej typowo turystycznej wakacyjnej wioski. Słońce już było nisko, więc postanowiliśmy jedynie sobie pozwolić na krótki spacer na plażę, aby zobaczyć różnice między plażami Jandii, Corralejo oraz tego rejonu. Słońce już było bardzo nisko, więc było też fajne światło na robienie zdjęć. 




Od miejscowości Costa Calma do Jandii ciągnie się wielokilometrowa Playa de Sotavento, równie popularna na wyspie jak wydmy Corralejo. Na trasie między tymi miejscowościami był kierunkowskaz wskazujący zjazd na najpiękniejszy fragment tej plaży, czyli Playa Barca i to był ostatni punkt naszej podróży. Na południe od Playa Barca zaczyna się Laguna de Sotavento, gdzie podczas przypływów tworzy się rozległa płytka laguna. Pamiętam jak moja przyjaciółka po powrocie z Fuerteventury wrzuciła zdjęcie z tego miejsca i wtedy zamarzyłam, aby się tam znaleźć. Niestety nam na koniec znów zaczął padać deszcz i robiło się już szaro, więc nie było nam dane zobaczyć uroku tego miejsca w całej krasie. Może następnym razem?:)

Playa de Sotavento w deszczu



To jest już koniec naszej wycieczki druga część naszych zimowych wspomnień z Fuerteventury. Tak na koniec nasuwa mi się taka myśl, że porównując tę wyspę z Teneryfą, to jeśli miałabym gdzieś wrócić to jednak na Teneryfę. Fuerteventura jest spokojna, romantyczna, ma piękne plaże, jednak jest zdecydowanie bardziej nudna niż Teneryfa. I nie mam na myśli rozrywek, tylko to jak na Teneryfie zmieniały się kolory, miejsca, widoki. Tam każda miejscowość niosła za sobą widokową zagadkę, tutaj mimo wszystko cała wyspa sprowadza się jedynie do pięknych plaż. Z drugiej strony każdy woli co innego:). Trochę żałuję, że nie wybraliśmy się na wycieczkę po Lanzarote, jednak Piotrek zawsze mówił, że tam chciałby się wybrać, więc kto wie, może niedługo to nastąpi :)