wtorek, 17 listopada 2015

Hola Barcelona - miasto które w 2 dni skradnie duszę

Do napisania postu o Barcelonie przymierzałam się od dłuższego czasu. Należę do osób, które są zachwycone Barceloną i właściwie nie wiem jak to wszystko ubrać w słowa, aby nie straciło uroku. 
Poza tym jeśli ktoś zastanawia się czy można zobaczyć Barcelonę w tak krótkim czasie i się zakochać odpowiadam, że tak!
Ale od początku:) 

Dzień Pierwszy

Barcelona była moim celem od dawna, była też pierwszym miastem do którego chciałam jechać, gdy pomyślałam o wyjeździe, gdzieś za granicę. Pewnego dnia obserwując oferty Ryanaira natrafiłam na bilety do Girony z Bydgoszczy za 144zł w dwie strony. Chwila zastanowienia i bilety kupione. Dziś wiem, że ten zakup nie był trafiony cenowo, ale wtedy opcja wydawała się być idealna. Pewnie spytacie dlaczego nietrafiony? Ponieważ z Poznania do Bydgoszczy trzeba było dojechać, z Girony do Barcelony również i jak się później okazało, bilety na lotnisko El Prat z Poznania, które były droższe o 100zł i tak wyszłyby taniej :) Na wypad do Barcelony skusiły się też dwie znajome pary i kwietniową porą ruszyliśmy na podbój. 
Kolejny błąd naszej wyprawy był taki, że w Barcelonie mieliśmy do dyspozycji tylko 2,5 dnia co było za mało na to miasto, ale z drugiej strony ten krótki czas zaostrzył apetyt na więcej :) 
Była połowa kwietnia i u nas pogoda jeszcze nie zachwycała, za to gdy dolecieliśmy do Girony poczuliśmy powiew ciepłego powietrza. Spod lotniska w Gironie wsiedliśmy w autobus, który miał nas dowieźć do Centrum Barcelony. Koszt był o ile dobrze pamiętam ok. 20 euro w dwie strony. 
Podróż do Barcelony trwała ok. godziny i bus dojeżdżał na stację Estacio del Norte. 
Głodni wysiedliśmy na dworcu i pierwsza myśl nasza była taka, żeby znaleźć jakąś knajpkę, a później dotrzeć do naszego hostelu, który był niedaleko. Standardowo nie wiedząc gdzie zjeść, weszliśmy do włoskiej restauracji. Włoskiej w Barcelonie, to był dopiero pomysł :) Gdybym pamiętała jak się to miejsce nazywa to bym Wam podała, żebyście nigdy tam nie wchodzili. Mini porcyjki+niedosmażone mięso...tragedia. Piotrek zamówił pizze i jako jedyny dobrze na tym wyszedł. 



Względnie najedzeni ruszyliśmy w stronę naszego hostelu. Miejsce, które mieliśmy zarezerwowane to Barcelona Cosy Rooms, które szczerze polecam. Oczywiście nie obyło się bez przebojów w stylu przychodzimy, chcemy się zameldować i się okazuje, że nie ma dla nas pokoi. Z racji tego, że 2 osoby później zdecydowały się na wyjazd do Barcelony i później był pokój dodatkowo rezerwowany, miły pan właściciel zapomniał o tej rezerwacji. Po godzinnej rozmowie z panią hiszpanką, później kłótni między nią, a właścicielem dostaliśmy swoje pokoje. Na szczęście mieli je wolne po prostu:) 
Mimo tej przygody Barcelona Cosy Rooms są godne polecenia. Nocleg nie był drogi, a w zamian dostaliśmy właściwie mieszkanie na wyłączność. Każda para miała swój pokój, była wspólna kuchnia i łazienka, ale poza nami nikogo nie było więc idealnie. Z zewnątrz może nie wygląda ciekawie, ale w środku było naprawdę miło i przytulnie. I ten uroczy balkonik :)





Planów zwiedzania mieliśmy dużo, za to czasu właściwie niewiele, więc po chwili odpoczynku wyruszyliśmy na podbój Barcelony. 
Idąc wzdłuż Carrer de la Marina, przy którym mieliśmy pokoje, w 20 min można było dojść na plażę, czyli części miasta La Barceloneta i do Portu Olimpijskiego. Trasa bardzo sympatyczna trzeba przyznać:) Pierwsza rzecz na jaką zwróciliśmy uwagę to papużki na palmach i to, że w parkach młodzi ludzie siedzą sobie na trawniczkach z sangrią w kartonikach, śmieją się, rozmawiają i nikt nie robi z tego powodu problemu. U nas oczywiście by już dawno dostali mandat.












Port Olimpijski

 Dotarliśmy do plaży, gdzie był nawet spory tłum jak na kwietniową porę. Ale przecież w porównaniu do pogody w Polsce było bardzo ciepło! Postanowiliśmy przespacerować się promenadą przy plaży i chłonąć urok bycia w Barcelonie. Dookoła ludzie wydawali się być uśmiechnięci i wyluzowani, spacerowały rodziny z dziećmi ciesząc tak zwyczajnie po prostu.









Jak widać nam też ta radość się udzieliła :)
Dalszy plan był taki aby dojść do metra Barceloneta i stamtąd dotrzeć na placa de Espanya, aby zobaczyć Fonta Magica, czyli Magiczne Fontanny, które tworzą widowiskowy spektakl woda-światło-dźwięk. Warto przyjść trochę wcześniej niż o godzinie, kiedy zaczyna się pokaz, bo potrafi być naprawdę tłoczno. Zdjęcia są niestety słabej jakości i nie oddają tego jak tam jest pięknie.



Zrobiło się ciemno i już dość późno, jednak przecież jesteśmy w Barcelonie, więc postanowiliśmy znów wrócić na Barcelonetę, posiedzieć na plaży w ten ciepły wieczór. Zahaczyliśmy jeszcze o pobliski sklep aby zaopatrzyć się w sangrię i piwo. Ot, z tego wieczoru taka mała anegdotka:
Podchodzi do nas jakiś hiszpan i pyta: marihuana, coca, hash?
My: no, thanks
Hiszpan: anything? 

Zrobiło się późno więc pora wrócić do pokoju mijając po drodze pomarańczowe drzewka, które pięknie kwitły i pachniały niesamowicie ...

Dzień Drugi - Barri Gotic

Drugi dzień był dość mocno zaplanowany - chcieliśmy zobaczyć jak najwięcej, od Sagrady Famili, przez La Ramble i resztę centrum miasta. 
Dzień zaczęliśmy od śniadania na naszym balkoniku z bułeczkami z ulubionym chorizo :) 


Wychodząc z naszego pensjonatu było widać w oddali Sagradę Familię, więc ona była naszym pierwszym celem. Po drodze minęliśmy sympatycznego Pana, który udawał, że siedzi w powietrzu, a także pełno sklepów z pamiątkami z Barcelony prowadzonych przez Turków. A już myślałam, że w Hiszpanii nie trzeba się targować ;)









W końcu ujrzeliśmy Sagrada Familia. Widziałam tysiące zdjęć prezentujących to miejsce, jednak na żywo nadal robiła wrażenie. Sagrada Familia jest niepowtarzalnym symbolem Barcelony zaprojektowanym przez Antonio Gaudiego. Jej budowa trwa już przeszło 100 lat, a została zapoczątkowana w 1882 roku i ciągnie się do dziś. Gaudi mawiał, że 'mojemu architektowi się nie spieszy', co widać do dziś. Budowa teoretycznie ma zakończyć się w 2026r, ale czy tak będzie zobaczymy, gdyż budowa nie jest finansowana przez rząd, tylko wedle życzenia mistrza ma być finansowana z prywatnych datków sponsorów.
Wstępnie planowaliśmy wejść do środka świątyni, jednak ciągnąca się do kas kolejka skutecznie nas odstraszyła.








I kolejny sympatyczny Pan :)


Z Sagrady Familii udaliśmy się w stronę Casa Milo i Casa Batllo, czyli kolejnych budowli Gaudiego.
Casa Mila jest secesyjną kamienicą zaprojektowaną przez Gaudiego. Budowa jej została ukończona w 1912 r., jednak nie spotkała się z dużą ilością pozytywnych komentarzy, gdyż uzyskała szybko przydomek La Perdera, czyli kamieniołom. Mimo tego, Casa Mila stała się kolejnym symbolem Barcelony. Do środka budynku można wejść, za opłatą ok. 16 euro. Główną atrakcją jest dach, pewnie wielu znany z filmu Vicky, Cristina, Barcelona ;) My odpuściliśmy wejście, myślę, że kolejnym razem będąc w Barcelonie jednak skorzystam.




Kolejnym tego tego typu budynek to Casa Batllo, oddalony parę kroków od Casa Mila. Casa Batllo jest mniejsza, jednak w porównaniu do poprzedniej kamienica mieni się milionami kolorów. Kamienica ma falujący kształt pokryty fragmentami szkła i ceramiki. Przez lokalnych mieszkańców kamienica jest nazywana Casa dels ossos, czyli dom kości, ze względu na charakterystyczny kształt kolumn na pierwszym piętrze. Wstęp do środka możliwy, oczywiście płatny porównywalnie do Casa Mila.




Spod Casa Batllo ruszyliśmy dalej wzdłuż Passeig Gracia, by dotrzeć do Placa de Catalunya. Plac ten znajduje się w centrum Barcelony i stykają się na nim dzielnice Barri Gothic, Raval, Ciutat Vella i Eixample, poza tym jest on też ważnym węzłem komunikacyjnym.




Chwila przerwy na placu i ruszamy na podbój La Rambli, czyli najpopularniejszej ulicy Barcelony!
Mieszkańcy tak samo jak turyści uwielbiają to miejsce. Można pospacerować oglądając straganiki, usiąść w jednej z wielu knajpek...tutaj czas płynie wolniej.






Z La Rambli skręciliśmy w jedną z bocznych ulic i okazało się, że dotarliśmy przypadkiem do Katedry Barcelońskiej. Jak na kwiecień było bardzo ciepło i marzyliśmy o zimnym piwku, więc znów sobie pozwoliliśmy na chwilę odpoczynku i hiszpańskie mojito w wietnamskiej knajpie. I o dziwo muszę przyznać, że mojito było bardzo dobre, zwłaszcza, że reklama głośno krzyczała 2xmojito = 5 euro :D


Katedra Św. Eulali, znana jako Le Seu czyli Katedra w Barcelonie jest jednym z najcenniejszych zabytków architektury gotyckiej w Hiszpanii. My postanowiliśmy porobić sobie tylko pamiątkowe zdjęcia bez wchodzenia do środka i ruszyć dalej. 



Na prawo od katedry znajduje się wąska uliczka i naszą uwagę przyciąga Most Westchnień, którego zobaczenie zaplanowałam sobie przed wyjazdem. Most Westchnień to XIX wieczny most będący łącznikiem Palau de la Generalitat z Casa dels Conoges, oficjalną rezydencją prezydenta Katalonii.  Jest to miejsce chętnie fotografowane przez turystów, gdyż przywodzi na myśl wenecki most.



Docieramy tym sposobem do Palau de Generalitat i odkładamy przewodnik postanawiając iść już powoli własnymi barcelońskimi ścieżkami, trafiając całkiem przypadkiem m.in. na Muzeum Pablo Picasso i Muzeum Czekolady, które niestety było zamknięte, a także na Plac Królewski - Plaza Real.



Plaza Real










Nogi nas już bolą niesamowicie, więc bierzemy do ręki znów mapę, aby dotrzeć do Arc de Triomf. Barceloński Łuk Triumfalny, był głównym wejściem na Teren Wystawy Światowej w 1888roku. 
Dzisiaj jest to miejsce spotkań i spacerów.






Dobrze, że stąd już blisko do naszego pensjonatu, bo sił coraz mniej. Po drodze wchodzimy do pobliskiego marketu Mercadona, by kupić sangrię i coś do jedzenia i wieczór postanawiamy spędzić trochę spokojniej, bo przed nami jeszcze jeden dzień intensywnego zwiedzania.

Dzień Trzeci - Camp Nou i Park Guell

Trzeci dzień zaczynamy najpierw odwiedzeniem stadionu Camp Nou. Pewnie wiele osób będąc w Barcelonie ma również w planach ten stadion podobnie jak my. Sama byłam ciekawa wrażeń z przebywania na stadionie FC Barcelony. Na stadion docieramy metrem, z przystanku 10 min drogi i jesteśmy. Bilet na ten obiekt kosztuje 23 euro, więc obiecujemy sobie sporo za tę cenę. Ostatecznie jednak po zwiedzeniu całego muzeum oraz stadionu, nie czuję takiego zachwytu jaki się spodziewałam. Nawet Piotrek stwierdził, że 'szału nie ma' także myślę, że jeśli ktoś nie jest zagorzałym fanem piłki nożnej lub kibicem FC Barcelona, myślę, że nie musi tam wchodzić.







Spod stadionu postanawiamy się wybrać prosto do Parku Guell, który jest też obowiązkowym punktem w zwiedzaniu Barcelony. Jest on też kolejnym znanym dziełem Gaudiego, który był zaplanowany jako ekskluzywna dzielnica Barcelony, tak właściwie miasto-ogród. Ostatecznie niewiele z tego wyszło, ale park jest chętnie odwiedzany przez turystów, zwłaszcza, że można z niego podziwiać panoramę Barcelony. Gdy my byliśmy w parku wstęp był darmowy, teraz z tego co się orientuję jest już płatny. Do parku dojechaliśmy metrem i wchodziliśmy do niego jakby od tylu po ruchomych schodach. 
Park jest dość fotogeniczny więc zdjęć z niego udało się sporo narobić :)


























Z parku wybieramy się znów na La Ramblę, aby odwiedzic Targ La Boqueria, czyli najbardziej znany bazar w Barcelonie, który dzień wcześniej był zamknięty. Można tutaj kupić owoce, warzywa, soki, owoce morza, nabiał. Wszystko oczywiście świeże. Dookoła zaskakuje mnogość kolorów, nie pozwalając przejść obojętnie obok straganów.







Uff powoli dobiega końca nasz intensywny pobyt w Barcelonie. Ostatni wieczór spędzamy trochę na plaży, trochę w parku i w końcu na dworcu, popijając sangrię i chłonąc ostatnie chwile, gdyż nasz autobus na lotnisko w Gironie odjeżdża o 4 rano. 
Szczerze mówiąc chyba nigdy mnie tak nogi nie bolały jak podczas tego pobytu. 
Patrząc z perspektywy zobaczyliśmy naprawdę dużo. Brakuje mi zobaczenia wzgórza Montjunic i Tibidabo, ale zostawiliśmy coś na następny raz. 

Jeśli dotrwaliście do końca tego postu to jesteśmy pod wrażeniem i serdecznie pozdrawiamy:)